niedziela, 30 marca 2014

Witajcie, wybaczcie, że tak rzadko piszę, ale ostatnio wszystko mi się sypie. Nie chodzi o mizofonię, ale ona wszystko jeszcze pogarsza. Mój chory na raka wujek powoli już odchodzi, a ostatnio dowiedziałam się, że mój przyjaciel również jest śmiertelnie chory. Nie potrafię sobie z tym poradzić, w dodatku ilość nauki i prac do napisania mnie przerasta. Przepraszam.

poniedziałek, 17 marca 2014

Jedzenie spaghetti z ojcem to tortura. W ogóle przebywanie tylko z nim w domu jest torturą. Ciągle tylko słyszę sapanie, głośne wypuszczanie powietrza, wzdychanie... coś okropnego. Z całą rodziną w domu też nie jest łatwo... bo zamiast próbować jakoś mnie choć trochę wesprzeć, śmieją się ze mnie lub mają pretensje. Coś strasznego.

piątek, 14 lutego 2014

Witajcie.
Już od kilku dni mam wolne, sesja już zaliczona (wszystko za pierwszym podejściem!), ale nie mogłam się zebrać w sobie do napisania posta. Dopiero dziś czuję się na siłach.
Ostatnio trochę ze mną gorzej. Jest mi jakoś smutno, źle się czuję i tak dalej, a mizofonia się przez to nasiliła. Ten brak humoru trwa praktycznie od Sylwestra. Nie wiem co się dzieje.
Coraz więcej dźwięków doprowadza mnie do szału. I tak jak właściwie byłam w stanie mniej więcej tolerować odgłosy żucia czy siorbania wydawane przez mojego chłopaka, tak teraz nie potrafię tego znieść... Nie jestem w stanie. A do tego dochodzą kolejne dźwięki. Rodzinny obiad to tortura. Staram się zjeść go jak najszybciej, a potem cierpię na bóle brzucha. W ogóle kiedy rodzice są w domu, panuje tu straszny hałas. Nienawidzę tego. Za to uwielbiam tę ciszę, kiedy ich nie ma. Kiedy jestem tylko z siostrą albo kiedy jestem sama, zwłaszcza wtedy. Wtedy jest cudownie.
To wszystko mnie przerasta.

piątek, 31 stycznia 2014

Cześć

Znowu mnie długo nie było... Ale to wszystko dlatego, że pochłonęła mnie sesja. Ostatni tydzień był najgorszym w całym tym roku akademickim. Tutaj praca do napisania, tu mapa do zrobienia, tu egzamin, tu kolokwium... Wymiękam. Po prostu psychicznie i fizycznie wysiadam, wyglądam i czuję się jak zombie. Teraz przez weekend nawet nie będę mogła odpocząć. Zaraz godzina 21, ale już chyba pójdę po prostu spać.
Jedną z gorszych rzeczy jest to, że pewne zadanie robię razem ze wspominaną przeze mnie wielokrotnie koleżanką. Dziś z nią siedziałam nad tym na uczelni i myślałam, że zaraz jej coś zrobię. Nie potrafię już znieść jej obecności, jej widoku, sama myśl o niej mnie brzydzi i strasznie stresuje. Jak wyciągnęła jabłko, miałam ochotę wcisnąć je jej do gardła. To jak ona je... przechodzi wszelkie pojęcie. Nie dość, że mam mizofonię, to jeszcze mieliła to paskudne jabłko tuż nad moim lewym uchem, które mam bardzo wrażliwe na wszelkie dźwięki. A to wręcz fizycznie boli. Nie wiem, czy te dwie sprawy są ze sobą połączone, wydaje mi się, że nie. Nadwrażliwość ucha to raczej kwestia jego fizycznego uszkodzenia, tak myślę. Pamiętam, jak w podstawówce, jakieś 13 - 14 lat temu, koleżanka wrzasnęła mi na całe gardło do tego właśnie ucha. Może wtedy coś się stało, nie wiem. Ale wiem, że mam to bardzo długo i że mi przeszkadza. Natomiast mizofonia to raczej kwestia układu neurologicznego i psychiki.
Nieważne, w każdym razie obie sprawy bardzo utrudniają mi życie. Bardziej jednak mizofonia... Już wolę ten fizyczny ból ucha, niż wewnętrzną walkę ze sobą, kiedy słyszę jakieś mlaskanie, walenie w klawisze, siorbanie... To jest zdecydowanie gorsze.
No nic, idę powoli spać,
trzymajcie się

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Przepraszam, że ostatnio mniej piszę, ale zbliża się sesja i jestem zabiegana, mam teraz pełno zaliczeń i projektów do zrobienia. W dodatku jakoś ostatnio nienajlepiej się czuję, chyba przez stres związany z nawałem pracy i nie tylko.
Doszłam do wniosku, że jeśli chodzi o mizofonię, rozumieją mnie ludzie w internecie, a osoby mi najbliższe w ogóle mnie nie rozumieją. To jest straszne. Chciałabym znaleźć wsparcie u bliskich osób, rodziny, chłopaka, przyjaciół, ale go nie otrzymuję. Mogę jedynie rozmawiać z nieznajomymi ludźmi z mizofonią. Tylko oni mi pomagają, wspierają, a ja ich. To jest miłe, ale wiadomo, to nie to samo.

Muszę w końcu zapakować zatyczki do torby. Już dwa razy cierpiałam z ich braku na wykładzie, w zeszłym tygodniu i dzisiaj. Dziś na szczęście wpadłam na pomysł puszczenia sobie różowego szumu przez słuchawkę do jednego ucha, mam specjalny program na telefonie. Nie do końca zagłuszało to walenie w klawiaturę w wykonaniu koleżanki obok, więc ze złości wciskałam sobie słuchawkę w ucho, aż do teraz boli. Ale przynajmniej przetrwałam wykład. Potem mi mówiła, że za głośno słuchałam radia :P
Pozdro

sobota, 28 grudnia 2013

Hej, jak się macie po świętach?
Ja dobrze, poza tym, że czuję się taka pełna i nie mogę już patrzeć na jedzenie...
Odpoczywam sobie teraz od wszystkiego, mam wolne aż do 6 stycznia. Fajnie jest nie musieć słuchać tego walenia w klawiaturę i mlaskania tej jednej osoby z uczelni... uch, nie chcę nawet o tym myśleć.
Ale i tak nie jest mi łatwo, siedzenie przy wigilijnym stole było chwilami torturą. Siorbanie i cmokanie dziadka, głośne przeżuwanie taty... A jutro jadę do Warszawy na 2 dni. Perspektywa spędzenia całych dwóch dni tylko i wyłącznie z moimi rodzicami i siostrą trochę mnie przeraża. Trudno mi z nimi godzinę wytrzymać... A tu jeszcze na dodatek będziemy spać w jednym pokoju... to będzie męka. A tata chrapie, trzeba będzie zaopatrzyć się w zatyczki... Ale cóż, staram się o tym nie myśleć, tylko cieszyć się, że jadę do Warszawy.
Na razie ;)

piątek, 13 grudnia 2013

Dziś zrobiłam mały eksperyment...

I po chwili pożałowałam... Na fejsbukowym spotted MPK napisałam:
"Ludzie, błagam. Co za problem wydmuchać nos, kiedy macie katar? Jak nie macie chusteczek, poproście kogoś. To nie takie trudne. Naprawdę niemiło słucha się odgłosu wciągania tego wszystkiego z powrotem. Wydmuchacie nos i po problemie. I waszym i tych, co muszą tego słuchać. Dziś dziewczyna obok mnie męczyła się z 20 minut, ja próbowałam zagłuszyć to muzyką ze słuchawek, ale nie wyszło. Jak wydmuchała nos, miałam ochotę bić jej brawo. Ale się powstrzymałam. Tak, wiem, zaraz powiecie, że jak mam problem, to powinnam się przesiąść, włożyć zatyczki albo coś. Albo zaoferować chusteczkę (nie, aż tak niemiła nie jestem). Uwierzcie mi, że mam tak wrażliwe uszy, że usłyszę smarkanie z drugiego końca autobusu. Nie, nie przesadzam z tym wszystkim.
No dobra, może trochę. Nic nie poradzę. Pozdrawiam ciepło :)"

Podpisałam się jako mizofoniczka. Nie widzieli mojego prawdziwego imienia, nazwiska ani zdjęcia. Tam pisze się anonimowo. Chciałam sprawdzić ich reakcję. Chyba nawet nie sprawdzili, co znaczy mój podpis... Po pierwszym komentarzu pod tym postem od razu pożałowałam, że to napisałam. Ale trudno. Oto wyniki: 
Mam nadzięję, że coś widać. Dochodzą kolejne komentarze. Już ich nie wklejam. Nie mam siły na to. Większość komentarzy jest strasznie niemiła, część wręcz obraźliwa. Wniosek z eksperymentu: ludzie to idioci.
Pozdro